natique

o tym wszystkim o czym można tylko pomyśleć

„Rzeź” Polańskiego bardzo mi się spodobała. Po pierwsze dlatego, że lubię adaptacje sztuk teatralnych, których akcja oparta jest wyłącznie na dialogu i nic w nich nie rozprasza, nie rozrzedza przekazu, tylko skupia widza na postaciach i ich wnętrzu, a nie na obrazach.

Po drugie dlatego, że aktorzy zostali wg mnie idealnie wręcz dobrani do ról (Winslet zresztą uwielbiam od czasów „Rozważnej i romantycznej”, a już zupełnie od „Zakochanego bez pamięci” i jest to wg mnie aktorka o milionie twarzy i bardzo wszechstronna, natomiast Waltza podziwiam oczywiście od „Bękartów wojny”) i świetnie zaprezentowali pasywno-agresywną postawę zachodniego świata zamkniętego w konwenansach i pozorach (nota bene najbardziej szczerą postacią był tu prawnik, który w powszechnym mniemaniu jest przecież archetypem zakłamania). Zresztą postawa pasywno-agresywna jest właśnie wytworem współczesnego świata…

Pod wpływem skumulowanych emocji bohaterowie zarzucają przyjęte normy i przeżywają klasyczne katharsis, a my wraz z nimi, a to przecież zawsze była największa siła teatru i właściwie jego cel.

Film trwa nieco ponad godzinę, ale jest tak zintensyfikowany, że dłużej i tak by się nie dało.

Wiem, że w ocenie internautów film wypada bardzo słabo, ale myślę, że większość widzów nie przychodzi do kina po to, by oglądać teatr i przyglądać się Archetypom, tylko woli „historie z życia”, „żywe, autentyczne postaci” i żeby bardziej działo się obrazami.

A ja lubię intymność teatru połączonego z terapią i dlatego film bardzo mi się spodobał. I nie był przeintelektualizowany, a łatwo przecież w takich sytuacjach prze-allenizować i chociaż lubię Allena, to jednak za jego ironię i poczucie humoru, a nie psychologiczny rys postaci.

3 razy Olsztyn, 2 razy Gdańsk, 1 raz Poznań. 15 dni poza Warszawą. 2425 kilometrów przejechanych drogą krajową numer Siedem oraz Pięćdziesiąt Jeden (6 razy przejazdem w Ameryce!), 600 km przejechanych składem osobowym Polskich Kolei Państwowych (plus 85 minut opóźnienia). Zero prywatnych wyjazdów (obszar do szybkiego poprawienia).

Lubię kiedy mój telefon celnie podsumowuje rzeczywistość. Czy to informacją o lokalizacji (Całowanie, Piaseczno County), czy o pogodzie (Olsztyn. Ponuro), czy gdy po ukończeniu transferu bluetooth wyświetla triumfalny komunikat „powodzenie: 1, niepowodzenie: 0″… A po telefonie z nieznanego numeru uprzejmie sugeruje „Zapisz do Ludzi” (niestety, przy kasowaniu numeru z książki telefonicznej nie informuje o pozbawianiu człowieczeństwa)…

Jak się nie dać myślom wymierzonym przeciwko sobie? Zainfekowanym przez Ciało Obce, które miało już nic nie znaczyć i być nieobecne w moim życiu? Jak sobie przekonująco wytłumaczyć (tak, żeby uwierzyć!), że nie ma się już czym przejmować? Że to już minęło i na szczęście minęło, więc wszystko co Ciało Obce mówi jest nic nie wartym odpadem atomowym? Bo niby to wszystko wiem, ale boli. Jeszcze.  Czas, wiem, czas. Czasie – miń już sobie wreszcie i nie rób do mnie głupich min. Myśli – też mińcie. Nie potrzebuje was w takiej formie – nie jest to ani konstruktywne, ani budujące, ani wspierające, ani dobre dla mnie.

W dzieciństwie i wczesnym okresie nastoletnim zauroczona byłam ze znanych postaci publicznych (tych fikcyjnych i tych prawdziwych) w:

  • Chrisie o Poranku z „Przystanku Alaska” – za głos, za inteligencję, za program radiowy, który prowadził,
  • Mac Gyverze (może bez komentarza…),
  • doktorze Rossie z „Ostrego dyżuru” – oczywiście oglądanym w szpitalu, gdzie konfrontowałam realia filmowe z realiami peerelowskiego szpitala wojskowego (lekarzy przystojnych tam niestety nie było, ale byli młodzieńcy odbywający zastępczą służbę wojskową, bezskutecznie podrywający pielęgniarki, które ich nie chciały, bo w ich oczach zastępcza służba wojskowa świadczyła o życiowym nieudacznictwie, cherlawości i ogólnie była czymś słabym… Mnie się tam sanitariusze podobali, bo urządzali nam wyścigi na wózkach inwalidzkich po długich i krętych szpitalnych korytarzach),
  • Jake’u z „Gliniarza i prokuratora” – chociaż być babiarzem (a może właśnie dlatego…),
  • Christopherze Lambert – bardziej w „Subway” niż „Highlander” (głównie, rzecz jasna, za fryzurę, którą moja matka podsumowała “jakby piorun trafił w szczypiorek”),
  • Davidzie Bowie (jak wyżej – głównie za fryzurę).

Zupełnie natomiast nie fascynowali mnie Jason Donovan i David Hasselhoff, do których wzdychały moje koleżanki i wieszały sobie nad łóżkiem ich plakaty z Bravo.

Bardzo za to z koleżankami w szkole podstawowej przeżywałyśmy perypetie bohaterów skandynawskiej „Sagi o Ludziach Lodu”, której kupiłam wszystkie tomy (a było ich 47). Kochałyśmy się w Tengelu i innych, potworach również, i nasiąkałyśmy stylistyką SM, bo to była całkiem erotyczna powieść, szczególnie jak na nastolatki. Gdzieś chyba taka dzika fascynacja jeszcze została i może stąd wyniknęła ta cała sprawa ze skandynawskim kinem, kulturą i antropologią…

A pierwsze, prawdziwe miłości? Fascynacje? Zakochania i skradzione całusy?…

Pierwszy był chłopiec z zerówki, oczywiście blondyn (wtedy wszyscy byli blondynami), którego imienia nie pamiętam, ale pewnie dlatego, że to on się mną interesował, odprowadzał do domu (oczywiście z rodzicami, bo chociaż czasy były lepsze, to jednak zerówkę mieliśmy daleko) i tańczył ze mną na barbórkowej imprezie (mam gdzieś nawet zdjęcie w strojach ludowych z górnego śląska). Ja jednak wtedy byłam zafascynowana starszym o dwa lata Jareczkiem z sąsiedztwa i była to fascynacja odwzajemniona zresztą, w stopniu intensywności właściwym dzieciom. To był okres, kiedy głównie lataliśmy po drzewach (stary mokotów) i bawiliśmy się w czterech pancernych lub indian (byłam więziona i ratowana). Kiedy się wyprowadzałam były łzy i prezenty.

Potem, w pierwszych dwóch latach podstawówki, był Piotruś (Grzeczny) i Przemek (Niegrzeczny) – pierwszy nie wykazywał mną żadnego zainteresowania, bo się kochał w koleżance Marcie (miała piękne, złote loki), a drugi trochę wykazywał. W tym czasie jednak najbardziej adorował mnie Krzyś, który siedział za mną w ławce i ciągnął mnie za warkocz. Ale wtedy tego jeszcze nie rozumiałam…

Potem otworzyli podstawówkę w rejonie i tam był Grześ, a dużo później Sebastian, do którego latałyśmy z koleżanką z zadaniami z matematyki i fizyki (mam jednak wrażenie, że mógł być gejem)…

Jednak najważniejszą, największą miłością moich lat szczenięcych był poznany podczas wakacji między piątą a szóstą klasą niejaki Piotruś (kiedyś próbowałam odnaleźć go nawet na nk i fb, ale ma zbyt popularne nazwisko). Piotruś był o rok starszy, również blondyn (wiadomo) i również nasze zabawy podszyte były delikatnie erotyką. Modny był wtedy francuski serial „Katarzyna” o czasach wojny stuletniej, więc odtwarzaliśmy wiernie jego sceny w dekoracjach namiotów i to właśnie z nim pierwszy raz się całowałam (! no wiecie – takie cmok, jak w „Mojej dziewczynie”, czy „Cudownych latach).

Wącham swoje nadgarstki, które pachną perfumami Belle d’Opium od YSL i już wiem, że zapach ten stanie się moją obsesją (a wywąchałam go na koleżance z pracy, czym chyba wprawiłam ją w lekką konsternację, ale ja niestety często wywąchuje ludzi, nawet obcych panów w sklepie czy autobusie, i potem oni dziwnie się na mnie patrzą)…

Mam pamięć zapachów, ułożoną na kształt mapy. Zaznaczeni są na niej ludzie, których znałam, miejsca, pory roku czy dnia, a nawet zdarzenia, którym towarzyszył zapach o takiej sile, że zdeterminował on sposób ich zapamiętania. Pamiętam na przykład z dzieciństwa zapach matki, który był wtedy najpiękniejszym zapachem świata i z którym związane są pozytywne emocje i poczucie bezpieczeństwa, które teraz desperacko próbuję odnaleźć w innych zapachach (bezskutecznie)…

Zapach domu z dzieciństwa, zapach miejsc, do których się wtedy jeździło (nie wszystkie jeziora pachną tak samo – jezioro Partęczyny zapisało się w mojej pamięci jako kompilacja nadgniłej ryby, stanowiącej nutę głowy, z zapachem przejrzałych owoców, które same musiały spaść z drzewa i zdążyły już sfermentować, stanowiących nutę serca. Teraz, w dobie wszechdominującej higieny i cywilizacji, zepsute zapachy nie dominują już tak, jak w dzieciństwie – wyparł je zapach środków czystości)…

Zapach kogoś, kogo się kochało. Zapach zimy w górach – połączenia zapachu mrozu z zapachem palonego drewna (i znałam człowieka, który tak właśnie pachniał). Zapach nowych książek kontra zapach starych książek. Zapach pościeli i zapach szalika, które przez kilka dni i nocy chłonęły rezultat niestałości uczuć moich wobec perfum i stworzyły własną, oryginalną kompozycję…

Zapach zatrzymany w pamięci – szukam, odtwarzam, powtarzam…

Korespondencja z frontu: jadę samochodem do pracy, słucham radia. A tam: „Paraliż w warmińsko-mazurskim! Olsztyn zakorkowany!”. Dramat i tragedia, a ja jadę 50 na godzinę i sobie myślę, że jak oni mają takie korki, to ja chcę tu jednak mieszkać. Ale dojeżdżam do pracy, a tam wszyscy w emocjach bo samochody gdzieś po drodze pozostawiali i szli na piechotę, a ja to miałam szczęście, bo pod prąd korkom z hotelu jechałam.

Droga wyjazdowa z Olsztyna jeszcze nie odśnieżona – wszystkie pługi wysłali, ale nie można jeszcze jechać. A ja muszę być jutro rano w Warszawie… Wygląda na to, że te 240 km to ja sobie przejadę w całą noc. Mam koc, ale nie mam łopaty (nie wierzyłam w te zaspy, słowo honoru nie wierzyłam). Nie mam też termosu.

Moja matka, która próbowała mnie w życiu przygotować na wszelkie ewentualności i tragedie (w rodzaju zapasu cukru na 5 lat), będzie zawiedziona moją beztroską postawą… Sama się trochę sobą zawiodłam.

Chińskie filmy lubię za to, że walczą w nich, jakby tańczyli, męscy bohaterowie są emocjonalni, a kobiety mężne i waleczne.

Model tragedii greckiej jednak najwyraźniej jest uniwersalny nawet w Państwie Środka, chociaż znane schematy w egzotycznych dekoracjach mają pociągającą moc.

(„Cesarzowa” na tvp 2)

Dzień w dzień w godzinach wieczornych doznaję regresu muzycznego do poziomu odbiorcy radia eska. Przez 45 minut zajęć aerobowych jest puszczana muzyka rytmiczna, niewymagająca, a jednocześnie potwornie wsysająca się w pamięć i podświadomość.

Może i idzie za tym jakiś cel oddzielenia ciała od umysłu i osiągnięcia fizycznej nirwany mięśni (za czym przemawia również powtarzalność układów ćwiczeń w sekwencji ósemek), ale myślę, że to jest temat na przewód doktorski dla jakiegoś ambitnego antropologa albo psychologa sportu.

Wymyślono wiele urządzeń bezprzewodowych, mających ułatwić nam życie, tylko że urządzenia te jednak trzeba od czasu do czasu ładować.

I tak – w dobie wireless – chodzę obwieszona ładowarkami, marząc by wynaleziono wreszcie prąd bezprzewodowy.