Pracujemy teraz nad socjalizacją psa (suni), tłumacząc, że koty są dobre, niekoniecznie z cebulką. To znaczy te konkretne dwa, z którymi pies ma zamieszkać. Ze swojej strony myślałam, że Ryś pokocha Salsę miłością szczerą i bezwzględną od pierwszego wejrzenia, a Salsy miłość okaże się trudna, długo dojrzewająca… Myliłam się…
Łukasz opowiada Salsie o Rysiu i Thuli, jednocześnie dubbingując odpowiedzi psa (lub, jak powiedział Mikołaj, „mówi w imieniu psa”), czym oczywiście zaraził się ode mnie, bo ja zawsze dubbingowałam zwierzęta – idiotycznym, skrzeczącym głosem, często wygłaszając krytyczne uwagi lub filozoficzne rozważania o naturze świata… U mnie zawsze wszystko mówiło – psy, koty, nawet muszki, czy komary. Teraz mówi też Salsa – o swoich obawach, przemyśleniach, potrzebach.
Wczoraj była pierwsza konfrontacja na żywo. Wynik: jeden – jeden. To znaczy jeden kot został na polu walki, a drugi schował się od razu i nie wychynął z nory aż do końca spotkania. Kot – ten rudy – wytrzeszczał z zaintrygowania swoje maleńkie oczka, a kiedy pies podszedł i zaczął piszczeć, szczekać i latać tymi swoimi łapami nieskładnie po lakierowanych deskach, to kot zjeżył się, co w jego wykonaniu wyglądało niezmiernie śmiesznie, bo ten kot nie ma prawdziwej sierści, tylko taki podszerstek, puch, więc mu tylko na grzbiecie zrobił się taki dziwny irokez, a ogon zamienił w szczotkę do czyszczenia butelek. I pierwszy raz słyszałam, jak ten kot prychał.
Pies był na smyczy, więc nie dostał po mordzie, bo podejrzewam, że tak by to się właśnie skończyło. Kotka pewnie dostawała zawału gdzieś w głębi swojej kryjówki, a pies długo nie mógł pogodzić się ze swoim upokorzeniem – na sznurku, bez możliwości złapania tego wrednego rudego pomiotu i rozszarpania go zębiskami… Życie zwierząt to nie jest prosta sprawa – tylko miska, posłanie i spacer – to są też małe i wielkie tragedie…
Będzie potrzebny czas. Dużo czasu. Dużo pracy, mówienia psu i kotom o wzajemnych szacunku. I może miłość rozkwitnie – kto wie?…