natique

o tym wszystkim o czym można tylko pomyśleć

Wczorajszy dzień zainicjował papierologię – parafka na każdej stronie z 80, w dwóch egzemplarzach (bo weszło nowe prawo i musi być sto różnych załączników). A to dopiero początek. Umowa deweloperska. Teraz pozostało jeszcze skompletowanie dokumentów do kredytu (oby było tak, jak pan wyliczył!), kolejne podpisy, kolejne papiery, a wszystko po to, żeby 30 września stać się właścicielem (a raczej najemcą od banku na 30 lat) 60 metrów kwadratowych z widokiem na Świątynie Opatrzności. Może się nawrócę…

Właśnie sobie uświadomiłam, że maturę zdawałam 15 lat temu… Matko przenajświętsza! 15 lat! A ja ciągle pamiętam tematy z polskiego i historii…

Z polskiego niemal cała moja klasa pisała na temat „Życie to sen, teatr czy labirynt”, a że byłam wtedy pod silnym wpływem lektury Freuda i Junga, to wybrałam opcję „sen” i głównie leciałam „Zbrodnią i karą” oraz „Rokiem 1984″ (już nie pamiętam czemu, ale chyba dlatego, że była to lektura dodatkowa, co na maturze było mile widziane). Pozostali wybrali opcję „labirynt”, więc się trochę niepokoiłam, jak to wyjdzie…

Machnęłam oczywiście patetyczny wstęp (bo wtedy miałam okres patosu, za co mi polonistka regularnie na wypracowaniach obniżała oceny, chociaż u mnie ten patos był tak naprawdę ironiczną odpowiedzią na nie mniej patetyczne tematy wypracowań, jakie były wtedy w modzie, ale oczywiście pozostałam niezrozumiana) i w tym wstępie opisałam tezę, że sen to takie życie w życiu i może być nie mniej rzeczywisty niż rzeczywistość, przynajmniej dla mózgu…

Swoją drogą ciekawie by to było przeczytać po latach, pochylając się z czułością nad własnym infantylizmem…

Z historii temat był mniej romantyczny – „Polityka zagraniczna Jagiellonów”. Ale i tak pierwsza sesja na studiach przebiła maturę i chyba dlatego nie śni mi się po nocach, jak mojej matce śni się jej matura do dzisiaj…

Za dwa tygodnie jadę do kraju arabskiego – nie żeby z własnej woli, bo takiej nigdy nie posiadałam, żeby się pchać tam, gdzie mnie za wielbłąda wymienią (bo w to stado to ja nie wierzę), ale fakt jest taki, że będę tam pięć dni i te pięć dni trzeba będzie jakoś przeżyć…

Najgorsze jest to, że ja w ogóle, ale to nic a nic, nie potrafię się targować i jak mi kiedyś wyszło, to zupełnie przez przypadek (a wyszło raz). Nie umiem i nie lubię – krępuje mnie to strasznie, nawet chyba bardziej od tego wsadzania mi palców w oczy, czy one na pewno takie prawdziwe, niebieskie – co praktykują zresztą na mnie zawsze we wszystkich tzw. południowych krajach bez wyjątku…

Poza tym nie lubię też, żeby mnie obcy facet za rękę ciągał, a oni tam mają taki zwyczaj, że ciągają – łapią na ulicy i ciągną gdzieś, niby to do knajpy, czy do sklepu i ja się kiedyś na takiego jednego w Grecji rozdałam na całe gardło „leave me alone!” i potem przez dwa tygodnie wszyscy barowi naganiacze szeptali za mną „queen of ice”. No nie lubię…

Ale za to sprawiliśmy już sobie dwutygodniowy pobyt na Krecie – za dwa i pół miesiąca, więc tym się jakoś pocieszam.

Pracujemy teraz nad socjalizacją psa (suni), tłumacząc, że koty są dobre, niekoniecznie z cebulką. To znaczy te konkretne dwa, z którymi pies ma zamieszkać. Ze swojej strony myślałam, że Ryś pokocha Salsę miłością szczerą i bezwzględną od pierwszego wejrzenia, a Salsy miłość okaże się trudna, długo dojrzewająca… Myliłam się…

Łukasz opowiada Salsie o Rysiu i Thuli, jednocześnie dubbingując odpowiedzi psa (lub, jak powiedział Mikołaj, „mówi w imieniu psa”), czym oczywiście zaraził się ode mnie, bo ja zawsze dubbingowałam zwierzęta – idiotycznym, skrzeczącym głosem, często wygłaszając krytyczne uwagi lub filozoficzne rozważania o naturze świata… U mnie zawsze wszystko mówiło – psy, koty, nawet muszki, czy komary. Teraz mówi też Salsa – o swoich obawach, przemyśleniach, potrzebach.

Wczoraj była pierwsza konfrontacja na żywo. Wynik: jeden – jeden. To znaczy jeden kot został na polu walki, a drugi schował się od razu i nie wychynął z nory aż do końca spotkania. Kot – ten rudy – wytrzeszczał z zaintrygowania swoje maleńkie oczka, a kiedy pies podszedł i zaczął piszczeć, szczekać i latać tymi swoimi łapami nieskładnie po lakierowanych deskach, to kot zjeżył się, co w jego wykonaniu wyglądało niezmiernie śmiesznie, bo ten kot nie ma prawdziwej sierści, tylko taki podszerstek, puch, więc mu tylko na grzbiecie zrobił się taki dziwny irokez, a ogon zamienił w szczotkę do czyszczenia butelek. I pierwszy raz słyszałam, jak ten kot prychał.

Pies był na smyczy, więc nie dostał po mordzie, bo podejrzewam, że tak by to się właśnie skończyło. Kotka pewnie dostawała zawału gdzieś w głębi swojej kryjówki, a pies długo nie mógł pogodzić się ze swoim upokorzeniem – na sznurku, bez możliwości złapania tego wrednego rudego pomiotu i rozszarpania go zębiskami… Życie zwierząt to nie jest prosta sprawa – tylko miska, posłanie i spacer – to są też małe i wielkie tragedie…

Będzie potrzebny czas. Dużo czasu. Dużo pracy, mówienia psu i kotom o wzajemnych szacunku. I może miłość rozkwitnie – kto wie?…

o lataniu

Brak komentarzy
Śniło mi się , że byłam w Gdańsku na plaży, ale była to plaża zimowa, dzień ponury (powietrze w kolorze bladym, szaro-różowym) i chyba nawet padało. Nie pamiętam już dokładnie o co chodziło, ale z jakiegoś powodu musiałam dokądś się udać, a może uciec. Z kimś – nie pamiętam z kim. Ale miałyśmy specjalne stroje-skrzydła do latania (wyglądające trochę jak pianki dla surferów). Wystarczyło tylko rozbiec się i wzbić w górę. I wtedy pomyślałam, że najlepszym pasem startowym będzie dla nas sopockie molo. I biegniemy po tym molo, i wzbijamy się do góry, rozpościerając skrzydło-ręce i wtedy słyszę nagle piosenkę „I believe I can fly”… Uznałam, że to przesada i obudziłam się.

Kiedy wczoraj wracałam do domu z warsztatu samochodowego po wymianie oleju, na ulicy Puławskiej, tuż przed skrętem w Dolną (na wysokości Kościoła Św. Michała) w samochodzie poczułam smród straszliwy – coś jakby zgniła wędzona ryba (taka, która leżała ze 2 tygodnie). Zakręciłam więc nawiew, bo myślałam, że coś wali z samochodu, który jechał przede mną, ale w tym samym momencie zobaczyłam, że spod maski wydobywa mi się cienka strużka dymu.

Zjechałam więc szybko na wolne o dziwo miejsce parkingowe, podniosłam maskę, a tam para buch w twarz i ten smród straszliwy. W zbiorniku na płyn chłodzący pustka i cieknie mi spod karoserii. Pomyślałam, że mi ten zbiornik przebili podczas wymiany oleju, ale okazało się, że kurek był niedokręcony i płyn po prostu pod ciśnieniem wykipiał.

Panowie z warsztatu przyjechali w pół godziny, płyn dolali, postali tam jeszcze, żeby samochód się rozgrzał, popatrzyli czy wszystko ok. (było ok.) i jako rekompensatę za niedopatrzenie zaproponowali mi serwis klimatyzacji. Czyli więcej strachu niż strat.

Ale najdziwniejsze w tym całym doświadczeniu motoryzacyjnym była reakcja ludzi – kiedy zjechałam na bok, otworzyłam tę maskę spod której się dymiło, to ludzie – na ulicy, w samochodach, w autobusie – najzwyczajniej w świecie śmiali się z tego… Witamy w Polsce…

Dziś mamy następujące okazje do uczczenia:

- Międzynarodowy Dzień Dzieci Ulicy (nie zamierzam czcić, bo nic sensownego nie przychodzi mi do głowy),
- Międzynarodowy Dzień Załogowych Lotów Kosmicznych (uczczę go przejeżdżając dziś ulicą Gagarina),
- Dzień Kosmonautyki (w Polsce, Rosji i na Ukrainie; uczczę go jak wyżej),
- Dzień Ptaków Wędrownych (uczczę go cytatem z „Wina truskawkowego” : „o, do domu wracają…”, „a co, jak przylatują, to do pracy?”),
- Dzień Czekolady (tu z informacją ubiegł mnie już Łukasz na fb, ale co tam – za to mam u niego bombonierkę :-) ),
- oraz z ulubionego cyklu „Ach, ci Amerykanie” – w USA mamy:  Dzień Grilowanej Kanapki z Serem i Narodowy Dzień Lukrecji (a fu! nie będę czcić!).

Wschód Słońca był o 05:49:40, zachód Słońca będzie o 19:35:39. Znaczy się dzień przyrasta proporcjonalnie i od dołu i od góry jednocześnie. Pięknie.

Dzisiaj mamy:

- Światowy Dzień Choroby Parkinsona,
- Dzień Radia,
- Ogólnopolski Dzień Walki z Bezrobociem,
- oraz z cyklu „ach, ci Amerykanie” – w USA mamy Narodowy Dzień Fondue Serowego.

I na koniec garść wiadomości astronomicznych:

- brzask astronomiczny: 03:43:36,
- brzask nawigacyjny: 04:32:34,
- brzask cywilny: 05:16:26,
- wschód Słońca: 05:51:53,
- zachód Słońca: 19:33:56,
- zmierzch cywilny: 20:09:23,
- zmierzch nawigacyjny: 20:53:16,
- zmierzch astronomiczny: 21:42:13.

Tym samym mogę stwierdzić, że budzik z radiem obudził nas dziś tuż przed wschodem słońca, więc gdybym otworzyła wtedy oczy, a nie mruknęła i odwróciła się na drugi bok, zobaczyłabym brzask cywilny…

W święta Wielkiej Nocy udaliśmy się na polski biegun zimna, czyli Suwalszczyznę. Spakowaliśmy więc polary, puchowe kurtki, rękawiczki, buty na misiu… Być może była w tym jakaś etnocentryczna przesada, niczym u bohatera francuskiego filmu „Jeszcze dalej niż północ”, ale w końcu to wschód! I to północny. Białe niedźwiedzie, Eskimosi, foki… Byle przetrwać święta z dala od hipermarketowych wojen cenowych. Pokoju. Spokoju…

Kiedy jechaliśmy Krajową Ósemką na Augustów, to tuż przed Białobrzegami wjechaliśmy w trójkąt bermudzki. Nagle wyłączyło się CD i włączyło radio traffic (samo! zupełnie samo!) – pani mówiła o wypadkach i przez kilka kilometrów nic się nie dało zmienić – ani włączyć ani wyłączyć. Nic zupełnie nic – nawet wyłączenie zupełne nie pomogło.  A kiedy opuściliśmy ground zero, to zaczął się śnieg. A las był przeważnie sosnowy…

Czas spędziliśmy głównie na piciu i może trochę na bezsensownych rozmowach. W sobotę pojechaliśmy na Litwę – prowadziłam sześcioosobowego Volkswagena w automacie – mój pierwszy raz. Utrwaliło to we mnie dwa przekonania – że lubię prowadzić duże samochody z napędem n a cztery koła i nie chcę mieć automatycznej skrzyni, bo za bardzo lubię zmieniać biegi. Poza tym ta nieruchoma lewa noga dziwnie kontrastuje z ruchomością prawej – niesprawiedliwie wręcz się leni…

Z Litwy wróciliśmy z natręctwem językowym polegającym na dorabianiu do wszystkich wyrazów końcówek „-as” i „-ai” (jak zwykle), kilkoma litrami cydru gruszkowego (i innych, pośledniejszych), kohutkami (jak się okazało – z makiem – fuj! jednak mak to nie makas ani makai…) oraz czarnym chlebem z kminkiem (kmynkai, zresztą, żeby nie było…). Po powrocie do domu usmażyliśmy pół bochenka i suto natarliśmy czosnkiem…

I wróciliśmy – do rzeczywistości.

Tuż przy wjeździe na Rzymowskiego są takie pięcioramienne latarnie. I jak się one odbijają w tylnych szybach samochodów, to wygląda to jak szpaler wysmukłych palm, niczym w LA…