W dzieciństwie i wczesnym okresie nastoletnim zauroczona byłam ze znanych postaci publicznych (tych fikcyjnych i tych prawdziwych) w:
- Chrisie o Poranku z „Przystanku Alaska” – za głos, za inteligencję, za program radiowy, który prowadził,
- Mac Gyverze (może bez komentarza…),
- doktorze Rossie z „Ostrego dyżuru” – oczywiście oglądanym w szpitalu, gdzie konfrontowałam realia filmowe z realiami peerelowskiego szpitala wojskowego (lekarzy przystojnych tam niestety nie było, ale byli młodzieńcy odbywający zastępczą służbę wojskową, bezskutecznie podrywający pielęgniarki, które ich nie chciały, bo w ich oczach zastępcza służba wojskowa świadczyła o życiowym nieudacznictwie, cherlawości i ogólnie była czymś słabym… Mnie się tam sanitariusze podobali, bo urządzali nam wyścigi na wózkach inwalidzkich po długich i krętych szpitalnych korytarzach),
- Jake’u z „Gliniarza i prokuratora” – chociaż być babiarzem (a może właśnie dlatego…),
- Christopherze Lambert – bardziej w „Subway” niż „Highlander” (głównie, rzecz jasna, za fryzurę, którą moja matka podsumowała “jakby piorun trafił w szczypiorek”),
- Davidzie Bowie (jak wyżej – głównie za fryzurę).
Zupełnie natomiast nie fascynowali mnie Jason Donovan i David Hasselhoff, do których wzdychały moje koleżanki i wieszały sobie nad łóżkiem ich plakaty z Bravo.
Bardzo za to z koleżankami w szkole podstawowej przeżywałyśmy perypetie bohaterów skandynawskiej „Sagi o Ludziach Lodu”, której kupiłam wszystkie tomy (a było ich 47). Kochałyśmy się w Tengelu i innych, potworach również, i nasiąkałyśmy stylistyką SM, bo to była całkiem erotyczna powieść, szczególnie jak na nastolatki. Gdzieś chyba taka dzika fascynacja jeszcze została i może stąd wyniknęła ta cała sprawa ze skandynawskim kinem, kulturą i antropologią…
A pierwsze, prawdziwe miłości? Fascynacje? Zakochania i skradzione całusy?…
Pierwszy był chłopiec z zerówki, oczywiście blondyn (wtedy wszyscy byli blondynami), którego imienia nie pamiętam, ale pewnie dlatego, że to on się mną interesował, odprowadzał do domu (oczywiście z rodzicami, bo chociaż czasy były lepsze, to jednak zerówkę mieliśmy daleko) i tańczył ze mną na barbórkowej imprezie (mam gdzieś nawet zdjęcie w strojach ludowych z górnego śląska). Ja jednak wtedy byłam zafascynowana starszym o dwa lata Jareczkiem z sąsiedztwa i była to fascynacja odwzajemniona zresztą, w stopniu intensywności właściwym dzieciom. To był okres, kiedy głównie lataliśmy po drzewach (stary mokotów) i bawiliśmy się w czterech pancernych lub indian (byłam więziona i ratowana). Kiedy się wyprowadzałam były łzy i prezenty.
Potem, w pierwszych dwóch latach podstawówki, był Piotruś (Grzeczny) i Przemek (Niegrzeczny) – pierwszy nie wykazywał mną żadnego zainteresowania, bo się kochał w koleżance Marcie (miała piękne, złote loki), a drugi trochę wykazywał. W tym czasie jednak najbardziej adorował mnie Krzyś, który siedział za mną w ławce i ciągnął mnie za warkocz. Ale wtedy tego jeszcze nie rozumiałam…
Potem otworzyli podstawówkę w rejonie i tam był Grześ, a dużo później Sebastian, do którego latałyśmy z koleżanką z zadaniami z matematyki i fizyki (mam jednak wrażenie, że mógł być gejem)…
Jednak najważniejszą, największą miłością moich lat szczenięcych był poznany podczas wakacji między piątą a szóstą klasą niejaki Piotruś (kiedyś próbowałam odnaleźć go nawet na nk i fb, ale ma zbyt popularne nazwisko). Piotruś był o rok starszy, również blondyn (wiadomo) i również nasze zabawy podszyte były delikatnie erotyką. Modny był wtedy francuski serial „Katarzyna” o czasach wojny stuletniej, więc odtwarzaliśmy wiernie jego sceny w dekoracjach namiotów i to właśnie z nim pierwszy raz się całowałam (! no wiecie – takie cmok, jak w „Mojej dziewczynie”, czy „Cudownych latach).